środa, 25 czerwca 2014

"Pieśń młodości" ze spektaklu "Franciszek"

Ponieważ w 1205 roku Franciszek z Asyżu został obwołany królem młodzieży, tworząc scenariusz spektaklu o nim, nie mogłam pominąć tego radosnego faktu.
Tak powstała "Pieśń młodości".

Narodziła się z refleksji o młodości - że to szaleństwo, odwaga, pełne optymizmu patrzenie w przyszłość, przy jednoczesnym nieprzejmowaniu się ową przyszłością. I z przekonania, że bez - choć odrobiny - szalonej młodości nie ma dojrzałości wieku dorosłego. Myśl stara, wszak już Kochanowski pisał: "Jakoby też rok bez wiosny mieć chcieli, / którzy chcą, żeby młodzi nie szaleli.", ale wciąż aktualna.

Pieśń na święto młodzieży 

1. Przybądźcie, kto młody, i ciałem, i duchem
Z całego Asyżu przybądźcie
Dziś młodość króluje, dziś nasze jest święto
Więc razem śpiewajmy i grajmy.

Niech krokiem młodzieńczym ulica zatańczy,
A rytm twoje serce wystuka,
Rytm pełen uśmiechu, rytm pełen radości,
Bo któż ma jej więcej niż młodzi.

Ref: Nie myśleć o jutrze,
Nie myśleć o wczoraj,
Bo teraz i tu jesteś młody.

Nie myśleć o pracy,
Nie myśleć rozsądnie,
Rozsądek nie doda urody.

2. Dwa korce miłości, trzy łokcie odwagi
I szczyptą szaleństwa to połącz.
Do tego pragnienie, by życie odkrywać,
To wszystko w młodości odnajdziesz.

I garść chwil w zachwycie, że życie jest cudem,
I dziewcząt uśmiechy promienne.
Poczucie, że wszystko osiągnąć możemy,
Że wszystko jest jeszcze przed nami.

Ref: Nie myśleć o jutrze...

3.  Z uniesień młodości, jej szaleństw i błędów
Dojrzałość w nas kiedyś się zbudzi.
Lecz póki w nas drzemie uśpiona głęboko,
To czas, aby żyć nierozsądnie.

Ref: Nie myśleć o jutrze...

Muzykę napisał i nagrał Tomasz Kozieł, a utwór wykonało podczas premiery spektaklu pięcioro wspaniałych solistów: Anna Gajda, Anna Kita, Anna Samek, ks. Maciej Michałek, Kamil "Ziutek" Owczarek.

A oto sama piosenka z migawkami z czasu nagrań:

piątek, 2 maja 2014

Po premierze spektaklu "Franciszek", czyli pożegnanie z Asyżem

Przed premierą człowiek marzy - niech już będzie po, niech snu i czasu chociażby na kawę będzie więcej. A po - ma się wrażenie, że wokół jest tylko wolny czas i aż się dusza rwie do czegoś nowego.

W ostatnią niedzielę, 27 kwietnia, przeżyłam premierę "Franciszka", a teraz nie wierzę, że można mieć tyle czasu wolnego. W końcu można coś i tutaj napisać.

Mamy nadzieję, że goście, którzy licznie przybyli na premierę (na pewno ponad 1000 osób, a poniżej 1500) uwierzyli nam, że Franciszek z Asyżu, to ciekawa postać, żyjąca pełnią życia, świetnie zagrana przez księdza Macieja Michałka.

Do spektaklu została dołączona muzyka, skomponowana przez Tomasza Kozieła, i dodała całości niesamowitego klimatu. Wrażenie osłabiła trochę niesprzyjająca nam akustyka, na szczęście soliści nagrali utwory po spektaklu i nic tylko czekać niecierpliwie na płytę.

A jako że Tomasz udostępnił pierwsze nagranie, z radością je prezentuję. Słowa pochodzą z "Pieśni słonecznej", ułożonej przez samego Franciszka. To nagranie to końcówka tego utworu, wykonana przez naszych solistów na finał. Samo słuchanie prób wokalistów było prawdziwą przyjemnością i do dziś mam w uszach nocne wykonania tego utworu.

I dodaję też poniżej kilka zdjęć, zrobionych nam przez Mariusza Nocnego.














sobota, 15 marca 2014

Spektakl "Franciszek" - wielkość bez lukrowanej polewy

Przygotowujemy spektakl o życiu świętego Franciszka. Brzmi trochę nudno, prawda? Większość przypuszcza, że nasz bohater będzie błąkał się od wilków (głaskanie po głowie) do ptaszków (głoszenie im kazań). Otóż nie. Nasz Franciszek nie czyni powyższych, nie chodzi i nie przytula dzieci, zwierząt i nie wiadomo jeszcze czego, mówiąc z dobrocią o ekologii. I nie dlatego, że nie wierzę w proekologiczne podejście do świata tego mieszkańca Asyżu.

Pisząc scenariusz do tego spektaklu, starałam się wrócić do źródeł. Intuicyjnie czułam, że Franciszek budził tyle miłości, ile niechęci. Chciałam odkryć, co bym pomyślała o nim, żyjąc na początku XIII wieku. Sięgnęłam po pisma samego Franciszka, opisy tamtej epoki, a nawet spisane świadectwa, które miały być dowodem na procesie beatyfikacyjnym Klary.

A ponieważ zachwycają mnie ludzie z charakterem, Francesco mnie urzekł. Mam wrażenie, że czerpał z życia pełnymi garściami. Imprezy, chęć uczestniczenia w wojnach. I czasami myślę, że właśnie dlatego mógł działać w taki a nie inny sposób. Inny nawet od Klary. Ona, ciepła i dobra od początku, założyła klaryski (ciepło i dobro przelało się w modlitwę, życie w ukryciu), a pełen życia Franciszek założył franciszkanów (pełnia życia ewangelicznego). Duet w którym przyciągały się zarówno przeciwieństwa (Klara to dla mnie spokój, Francesco - burza ewangeliczna), jak i podobieństwa (iść na całość dla Boga).

Zaintrygowała mnie sprawa napisania prze Franciszka dwóch Reguł. Czułam, że to jest moment, który chcę podkreślić w scenariuszu. Człowiek, który ma wrażenie, że jest zupełnie pokorny i że oddał Bogu wszystko, odkrywa, że tak nie jest. Papież odrzuca jego spisaną Regułę, która wcześniej zatwierdził w wersji ustnej. Francesco staje przed dylematem. Czuł, że postępuje zgodnie z wolą Bożą, zmuszając braci do pójścia na całość - na ekstremalne wręcz ubóstwo ewangeliczne (jedna szata, wiele postów, zakaz posiadania czegokolwiek...) , a okazuje się, że nie tylko bracia zaczynają protestować, nie dostaje zgody od papieża. Moment zmuszenia się do napisania drugiej reguły musiał być wyjątkowo trudny.

To tyle a propos zakończonego scenariusza, teraz wszystko zamienia się w role, scenografię, muzykę, stroje... i 27 kwietnia, o godz. 19.30 odbędzie się premiera. A potem, tradycyjnie, scenariusz znajdzie się na stronie Skene.

A poniżej El Greco. Jedyny jego obraz znajdujący się w Polsce. Powiedział mi dziś o nim spektaklowy Francesco.

El Greco, Święty Franciszek otrzymujący stygmaty. Obraz znajduje się w Siedlcach.




wtorek, 21 stycznia 2014

Dziewięć przerw, w tym dwie długie - scenariusz przedstawienia

Są przedstawienia, które się napisało, i już prawie zapomniało. Są też takie, z których - jak z dzieci - jest się dumnym niezależnie od wieku. Lubię "Dziewięć przerw..." od momentu narodzin - gdy zasłonki w pokoju były poklejone opisami poszczególnych postaci i ich wzajemnymi relacjami. Może dlatego tak długo spektakl ten czekał na swoją e-bookową premierę, bo ciągle odwleka się moment wypuszczenia dziecka w świat.

Pewnego szkolnego dnia na korytarzu gimnazjum dochodzi do konfliktu. Klasa dzieli się na dwie zwalczające się grupy, pomimo sprzeciwu niektórych osób. Powodem jest wybór miasta, które miałoby stać się celem wycieczki. Co dalej? Odrobina wojny, odrobina spraw sercowych, duża dawka humoru, a wszystko to podczas dziewięciu szkolnych przerw. Jeżeli do tego dodacie utalentowaną młodzież - uda się na pewno.  My wystawialiśmy ten spektakl kilkanaście razy w 2011 roku i niektórzy do dziś wspominają, że "podobało się".

"Dziewięć przerw..." to pierwszy z dłuższych scenariuszy udostępniony na stronie Skene. Miał od początku być oparty na licencji, ale... jeśli wystawione przedstawienie nie będzie miało charakteru komercyjnego, to nabywca scenariusza jest zaproszony do powielenia i skorzystania z niego. 
W przypadkach użycia komercyjnego prosimy o kontakt z Pracownią w celu wykupienia licencji.
E-book dostępny jest tutaj.

A na okładce - napis zrobiony podczas spektaklu ręką pierwszej Pauli, którą grała ówczesna gimnazjalistka Ania. Zdanie, które prowadzi do rozwiązania konfliktu.



niedziela, 27 października 2013

Czekając na cud narodzin - scenariusz spektaklu adwentowego

Na stronie Skene można pobrać bezpłatny scenariusz przedstawienia "Czekając na cud narodzin".
Oto jego krótka historia:
Zwykle na grudzień przygotowuje się jasełka. Rok temu postanowiliśmy jednak przygotować spektakl, który można by pokazać jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Postanowliśmy - mam na myśli grupę parafian, która wyraziła chęć wystąpienie w przedstawieniu. Mieliśmy od 6 do 60 lat.
Miriam (hebrajskie brzmienie imienia Maryi jest tak piękne, że użyłam go w scenariuszu) rozmawia z dwiema dziewczynkami o parach biblijnych, które długo czekały na dziecko. Ich rozmowy przerywane są scenami pokazującymi wydarzenia z życia tych par.

Oto relacja z naszego spektaklu z żorskiego portalu zory.com.pl : Relacja o spektaklu.

Zapraszam do pobierania, to już ostatni moment, żeby zacząć i zdążyć na grudzień. I życzę znalezienia równie chętnych do współpracy osób, jak było to w moim przypadku.

Scenariusz jest do pobrania tutaj: Czekając na cud narodzin.



czwartek, 19 września 2013

Akademia z okazji Dnia Edukacji Narodowej / Dnia Nauczyciela - scenariusze krótkich przedstawień

Zanim napiszę więcej o dwóch scenariuszach ze strony Skene: Jak kredy problem rozwiązały i Tysiąclatka - o dawnej szkole, kilka słów wstępu.

Na pewno kiedyś poruszę ten temat szerzej - dziś tylko jednoznacznie stwierdzę: Szkolna akademia nie musi i nie powinna być nudna. A oglądałam ich wiele, i te ciekawe, i te o wiele mniej ciekawe. Mam świadomość, że nie każdy nauczyciel musi być artystą, ale w przygotowaniu akademii nie artyzm jest jedynym i najważniejszym wyznacznikiem. Zdarzało mi się widzieć teksty, które od razu porażały mnie nudą. Zestaw kilku wierszy sprzed kilkudziesięciu lat, pisanych językiem odległym od dzisiejszego (i nie mam na myśli np. nieśmiertelnej Lokomotywy, to już kategoria sztuki ponadczasowej), sztuczne życzenia mające się nijak do rzeczywistości. I jak się potem dziwić, że uczniowie nie chcą uczestniczyć w szkolnych akademiach, że są dla nich koniecznością, której by chętnie uniknęli.

Co zatem zrobić?
Po pierwsze, posłuchać swojej intuicji i posłuchać też dzieci/młodzieży. Jeżeli tekst z założenia mnie nuży i męczy, raczej nie zachwyci moich wychowanków. Oni z kolei też często mają pomysły, które można podchwycić i przełożyć na rzeczywistość szkolną (zdarzało mi się powiedzieć, że nie da rady czegoś dołączyć do szkolnej uroczystości, ale zawsze podawałam uczniom argumentację dlaczego).

Do przepisu na dobrą akademię - moim zdaniem - potrzeba jeszcze kilku czynników, o których kiedyś szerzej napiszę.

Co do akademii z okazji Dnia Edukacji Narodowej - dobrze wspominam (i uczniom też się podobało) pokazanie typów uczniów i nauczycieli. Znaleźliśmy takowe (w wersji humorystycznej) w Internecie, przypominało to pokaz mody, ktoś czytał, ktoś inny grał opisywany typ ucznia i nauczyciela. Do tego pantomima na temat dnia z życia ucznia z piosenką Mamma mia w tle. Trochę życzeń na deser.

Jeżeli ktoś szuka krótkiego teatralnego dodatku, to na stronie Skene są dwa teksty pasujące do tego wydarzenia: Jak kredy problem rozwiązały i Tysiąclatka - o dawnej szkole.

Pierwszy z tych tekstów był już kilka razy wystawiany przez mnie i innych, jest więc sprawdzony w boju. Bohaterami są kredy i jeden pisak - należą do różnych nauczycieli i opowiadają o swoich właścicielach, jednocześnie rozwiązując problem kredy z sali gimnastycznej. Formuła jest bardzo otwarta, można w dowolny sposób dodać fragmenty tekstu mówiące o jakimś nauczycielu.
Ja sama sięgnęłam w tym roku po raz drugi po ten tekst, ponieważ mam okazję współpracować teatralnie z grupą dzieci z małej wiejskiej szkoły, przygotowujemy zatem występ na Dzień Edukacji Narodowej. Pozostaje mi życzyć wszystkim tyle radości, ile my mamy podczas prób. Dzieci wymyśliły sposób chodzenia kred, witania się w oryginalny sposób, kreda z angielskiego śmiesznie udaje Joannę Krupę.

Tysiąclatka to dla starszych przypomnienie o młodości, dla młodszych - o tym, że świat był kiedyś (i to nie tak dawno temu) zupełnie inny. A ponieważ był to tekst, który powstał na zamówienie i był wystawiany przez kogoś innego, dopiero czeka na moją osobistą premierę.

Na przyszły rok - mam nadzieję - będę miała dla chętnych scenariusz akademii oparty na książce Dariusza Chwiejczaka "Czarodzieje mogą wszystko". Autor wyraził zgodę na dokonanie przeze mnie adaptacji i wystawienie spektaklu w naszym mieście. Premiera już w październiku podczas miejskiej akademii z okazji DEN. To ciepła opowieść o czwórce przyjaciół, o tym, że możemy wpływać na otaczającą nas rzeczywistość. Czary to chęci połączone z działaniem. Jeżeli autor pozwoli, to wkrótce potem udostępnię bezpłatnie stworzoną adaptację.

Życzę powodzenia ze zmaganiem się ze szkolnymi akademiami.

Czy pamiętacie jeszcze te tarcze?

czwartek, 12 września 2013

Beata Pawlikowska "Księga kodów podświadomości" - krótka recenzja

Jeżeli jeszcze nie wiedziałam, po co poznałam sens słowa "ambiwalentny", to już wiem. By określić nim moje odczucia w stosunku do książki Beaty Pawlikowskiej.

Punkt wyjściowy - miałam wcześniej książkę z mądrymi karteczkami Pawlikowskiej, sporadycznie słuchałam jej programów w radio i byłam... zachwycona. Innymi słowy, raczej uważałam się za fankę Pawlikowskiej, stąd promocja w sklepie zachęciła mnie do nabycia jej książki.

Za co przyznaję "Księdze..." plusy? Za mądre i ważne uwagi dotyczące działania naszej podświadomości, za przypomnienie, że najwcześniejsze lata kształtują nasz odbiór świata, który z czasem uznajemy za świadomy, ale taki nie jest. To, że ktoś uważa świat za wrogi lub przyjacielski, może wynikać z najwcześniejszych doświadczeń. Plus za stworzenie zestawu kodów. Od jednego do kilkunastu dotyczy większości z nas - tu zgadzam się z Beatą Pawlikowską i tu też nasze drogi się rozchodzą.

 Co zatem nie tak z tą mądrą książką? Myślałam, że osoby piszące w opiniach o powtórzeniach przesadzają. Dziś dołączam do ich chóru. Kiedy na stronie 394 po raz pięćdziesiąty co najmniej miałam kolejny raz przeczytać o sposobie zapisywania w nas fałszywych kodów (co zapowiedziały złowieszcze słowa: "Przypomnę krótkie logiczne zestawienie."), wiedziałam, że ostatnie 30 stron muszę przekartkować i odłożyć na długo. Udało mi się nie użyć niecenzuralnego słownictwa, którym autorka posługuje się dla podkreślenia emocji. Beata Pawlikowska w jednym miejscu tłumaczy, skąd wielość powtórzeń. Otóż obawia się, że mogę odłożyć książkę, potem zapomnieć poprzedni rozdział, a ona sama wie, ile lat zmagała się z przepisywaniem w sobie kodów na nowo, dlatego wraca do najważniejszych informacji. Nie wiem, do kogo Pawlikowska kieruje swoją książkę (oficjalnie do 100% ludzkości, podzielonych na Klub 1% czytających dla przyjemności i 99% dla zmiany), ale wiem jedno - można nie dać rady doczytać do końca właśnie z tego powodu. Zgadzam się z Pawlikowską, że zmiana w sposobie patrzenia na świat wymaga długiej pracy, ciągłego powtarzania w sobie prawdziwych kodów, ale nie ciągłego CZYTANIA o tym, że niektóre kody mam fałszywe, bo podświadomość je źle zapisała. "Księga kodów podświadomości" o połowę krótszą nabyłabym nawet za tę samą cenę. Autorka chyba intuicyjnie jest świadoma tego, że czytelnik zaczyna bagatelizować treść, bo w pewnym momencie, wypisując kilka stron fałszywych kodów, zwraca uwagę, że na pewno przeleciał on to wzrokiem. Otóż nie, to był jeden z ostatnich momentów, kiedy naprawdę walczyłam z lekturą, analizując każde jej zdanie. Potem było coraz ciężej, wzrok biegał już coraz szybciej przez kolejne powtórzenia i wariacje na ten sam temat, starając się wyłapać nowe treści.

Sprawa druga, Pawlikowska tworzy obraz szczęścia uzyskanego po przepisaniu fałszywych kodów. Z jej obrazu wyłania się szczęśliwa, zdrowa, spełniona osoba (autorka), a wszyscy mają możliwość osiągnąć ten stan. Wydaje mi się, że Pawlikowska silnie unifikuje ludzi i upraszcza obraz świata na potrzeby swojej wizji (pozwala mi mieć inną wizję, ale jeśli nie jest taka jak jej, to znaczy, że mam fałszywe kody podświadomości). "Wszystkie bolesne emocje, z jakimi się zmagasz, dosłownie wszystkie, są odbiciem fałszywych zapisów w twojej podświadomości." Zostawia cię mąż, nie smucisz się, bo masz prawdłowe kody, umiera ci dziecko, nie smucisz się, bo masz prawidłowe kody... Autorka, moim zdaniem, wyszła od bardzo mądrych i ważnych myśli dotyczących podświadomości i pokazała na swoim przykładzie, jak to działa, a potem przeskoczyła do czegoś, nad czym wielcy filozofowie pracowali latami - wizji całego świata, sił nim poruszających, istoty człowieka itp. Rozumiem, można taką wizję mieć, nawet warto, ale zanim ukaże się ją światu jako - zdaniem Pawlikowskiej - jedynie obowiązującą, bo opartą na prawdzie, to trzeba trochę więcej niż indywidualne doświadczenie walki z własnymi problemami. Powstała utopijna wizja przekazywana w sposób, który przypomniał mi początki komunizmu. Dlaczego robotnicy nie popierali komunizmu? Bo, jak uważali komuniści, są przesiąknięci burżuazyjnym myśleniem, stąd trzeba ich zmusić, a potem będą szczęśliwi. Oburzasz się na to, co piszę, myślisz, że ciebie to nie dotyczy - to tym bardziej dowodzi, że masz w sobie fałszywe kody. Taka treść pojawia się (znów co najmniej kilkanaście czy kilkadziesiąt razy) w omawianej książce. Niechęć do obrazu świata stworzonego przez Pawlikowską wynika u mnie właśnie z tego, że jest to obraz, z którym nie mogę dyskutować. Autorka wytrąciła mi wszelkie argumenty. Pokazała to czasem w książce. Jeżeli mam inne zdanie niż ona, to znaczy, że mam fałszywe kody podświadomości. I to koniec dyskusji... Zatem nawet nie mam szans na podniesienie tematu, że jest coś takiego jak tajemnica cierpienia, że sądzę, iż wolnemu człowiekowi zdarza się świadomie wybrać zło, że można być czasami niezadowolonym, nawet jeśli ma prawdziwe kody, że chrześcijaństwo ma według mnie sens (autorka osobę, która uznaje, że Bóg ma imię, uznaje za pyszną i to nie w sensie smakowitym).

Na deser sprawa interpunkcji. Na początku pomyślałam, że wydawnictwo się nie postarało, ale znalazłam informację autorki, iż to jej decyzja, bo "przecinek to narzędzie artystyczne (...). To samo zdanie ma zupełnie inną moc, zależnie od tego czy zostanie posiekane pięcioma, czy ozdobione tylko jednym." Rozumiem to, w poezji często to widać, Różewicz też je pomija. Jest jedno ale. W tak długiej książce mnie osobiście przecinki pomagają, pozwalają umysłowi domyślać się wyliczeń, granic między zdaniami składowymi. Zaakceptowałabym znaczenie artystyczne, ale nijak się go nie doszukałam. Autorka zawsze postawi przecinek przed że, bo zna tę zasadę (nawet wie, by "mimo że" nie rozdzielać), ale nie zna innych, stąd nie zawsze dodaje przecinki w zdaniach złożonych. Mój wzrok często zatrzymywał się na miejscach, gdzie brakowało przecinka, więc zdołałam zauważyć, że ich brak nijak ma się do jakiejkolwiek mocy zdania, a niechęć autorki do zaleceń korekty pokazała mi, że już w takiej nawet dziedzinie nie chce dyskutować...

Na ostatniej stronie dowiedziałam się, że cała książka, która miała mnie nauczyć pracy z kodami podświadomości, to tylko zapowiedź. 400 stron nie wystarczyło, potem będzie "Kurs szczęścia", który też nie da mi wszystkiego, bo muszę sięgnąć po "Trening szczęścia".
Może warto bardziej zaufać czytelnikowi? Ja już nie dam rady dłużej być szczęśliwa, czytając Pawlikowską. Podejrzewam, że odpowiedź autorki brzmiałaby - Twoja niechęć wynika z fałszywych kodów podświadomości. I jak tu dyskutować, że mądre, ciepłe i ważne myśli Pawlikowskiej, które zapisałam sobie i z których skorzystam, zostały zmasakrowane przez formę i chęć do budowania na nich wizji całego wszechświata?