niedziela, 14 maja 2017

Pamiętnik dorastającej studentki - czerwiec (5)

To ostatnia część przygód studentki, żyjącej radami (autentycznymi!) z "Bravo GiRL!". Cytaty pochodzą z roku 1998, wtedy analizowałam językowy obraz świata tego czasopisma. Goodbye, Studentko!

Czerwiec
Po tym wszystkim, co wydarzyło się w kwietniu, przez cały miesiąc nie mogłam sobie z niczym poradzić, ani nawet wziąć długopisu do ręki.
                Fakt, musiałam zerwać z Jasiem, skoro on nie traktuje mnie poważnie, ale to wszystko odbyło się tak jakoś po cichu, bez jednego słowa, a to przecież zupełnie nie w moim stylu. Wszyscy powinni wiedzieć, że zerwaliśmy i, co najważniejsze, że to była moja (a nie jego) decyzja. Poza tym czuję, że wciąż jestem o Jasia zazdrosna. W gazetach młodzieżowych dowiedziałam się, że to uczucie naturalne, więc postanowiłam tego nie ukrywać (choć już z Jasiem nie jestem). Ale jak to zrobić? Na szczęście znalazłam psychotest „Czy jesteś zazdrosna?” i zdecydowałam, że wcielę w życie odpowiedzi, które dostały najwięcej punktów.
                Zaczęłam od wytłumaczenia sobie, dlaczego Jasio nie odczuwa potrzeby spotkań ze mną (choć na pewno tęskni). To świadczy o jego poważnym stosunku do życia. Dba o to, żebyśmy mieli obydwoje czas na naukę i rozwijanie zainteresowań. Bardzo mi to odpowiada. Właściwie to mi to nie odpowiada, ale niech będzie. Znaczy się, że Jasio tęskni, ale teraz bardzo ważna jest dla niego zbliżająca się sesja (nie to co ja – mogę myśleć tylko o nim).
                Ale skoro on tak tęskni (chociaż zerwaliśmy), to pomogę mu w umówieniu się na spotkanie. Właśnie w akademiku założyli nam telefony i możemy dzwonić między pokojami. Ale Wojtek wciąż twierdzi, że Jasio gdzieś wyszedł i nie wiadomo, kiedy wróci. Jak to GDZIEŚ wyszedł. Przecież miał woleć ode mnie tylko naukę. Co się dzieje? Sprawdziłam w psychoteście: Jednak gdy dzwonisz, jego mama twierdzi, że wróci późno i nie wie, dokąd poszedł. A. To bardzo dziwne. Powiedziałby mi przecież, dokąd się wybiera. Jutro będę go śledzić cały dzień. No więc – zabawię cię w Colombo.
                Wstałam rano o czwartej (bo a nuż Jasio pójdzie gdzieś wcześnie). Baśka z mojego pokoju trochę marudziła, bo ubierając się, latałam ciągle do okna (czy On nie wychodzi?) i wtedy zwykle o coś zawadzałam po drodze, ale powiedziałam Basi, że muszę i już. Potem siedziałam w oknie, siedziałam, siedziałam, siedziałam... Około jedenastej zobaczyłam granatową wiatrówkę Jasia. Pobiegłam za nim. Nie bałam się, że mnie rozpozna, bo dokonałam charakteryzacji. Sama ledwo się poznałam w lustrze. Duże czarne okulary, szeroki kapelusz i ostry makijaż. Prawie Joan Collins z „Dynastii”, a  nie Colombo.
                Jasiu poszedł na jakieś zajęcia (przesiedziałam je pod drzwiami), a potem!!! poszedł na obiad do Barcelony z jakąś dziewczyną. O nie, ona na pewno Go podrywa. Przypomniałam sobie psychotest o zazdrości (nauczyłam się go dzień wcześniej na pamięć): Naleję sobie szklankę soku porzeczkowego, stanę koło niej i niby niechcący wyleję go na jej sukienkę. Niech uważa, ja bywam niebezpieczna. Zrobiłam to, jak Jasio odnosił talerze. Siedząc tyłem przy stoliku obok, szybkim ruchem przechyliłam przez ramię szklankę z sokiem i nie zważając na okrzyki, prędko wyszłam. Oni wyszli pięć minut później. Rozstali się, ona poszła w kierunku przystanku, z ciemną plamą na niebieskiej koszuli (mam nadzieję, że będą problemy z praniem), a Jasiu – na drugie zajęcia.
                Potem poszedł w kierunku akademika, tak po prostu. Myślałam, że śledzenie jest ciekawsze. Ale na Piłsudskiego Jasio obejrzał się za jakąś długonogą blondynką (mógł powiedzieć, że lubi ten kolor, co za problem – zafarbowałabym włosy). A psychotest o takich sytuacjach mówi: Podstawię mu nogę. Może wtedy oprzytomnieje i przypomni sobie, z kim jest na spacerze! Wprawdzie Jasio nie jest ze mną na spacerze, ale i tak powinien o mnie pamiętać. Zrobiłam to na przejściu dla pieszych, bo był duży tłum. Jasiu przechodził dość szybko, więc była pewność, że nie będzie to tylko potknięcie, lecz porządny upadek. Zostawiłam go leżącego na jezdni (ale nie byłam wredna, upewniłam się, że ktoś pomaga mu wstać) i poszłam do akademika.
                Wieczorem wpadł do nas Wojtek i powiedział, że Jasiu ma nogę w gipsie (na trzy tygodnie). Poszłam do niego z Basią. Mojego dramatu dopełnił fakt, że Jasiu przejęzyczył się wypowiadając moje imię (nazwał mnie Elą! kim jest ta Ela?!). I tu psychotest mówi o takich sytuacjach: Wiedziałam, byłam nieomal pewna, że on mnie zdradza. Do tej pory nie miałam dowodów, ale teraz już je mam. Przez cała wizytę nie odezwałam się ani słowem, żeby wiedział, co ja myślę o jego zdradzie. A potem coś jeszcze wymyślę, żeby zapamiętał, że ze mną nie jest tak łatwo. Ale nie dziś, bo już zasypiam, wstałam przecież o czwartej.


Kicia (20 lat)

piątek, 21 kwietnia 2017

Pamiętnik dorastającej studentki - kwiecień (4)

I kolejny odcinek przygód studentki, który wciela w życie rady z czasopism młodzieżowych. Wszystkie cytaty autentyczne. 

Kwiecień

Już miałam zerwać z  Jasiem, ale początek kwietnia zrobił się taki wiosenny, wszystko zaczęło budzić się do życia i poczułam, że moje uczucie też nie chce zgasnąć. Wciąż na widok Jasia robiło mi się słabo, a serce biło jak oszalałe.Poza tym w jednej z gazet znalazłam artykuł „Aby miłość trwała dłużej”. Pomyślałam sobie – co mi zależy. Najwyżej zerwę z Jasiem w przyszłym miesiącu. I po raz kolejny (ten kobiecy brak zdecydowania) postanowiłam jeszcze raz spróbować.
Przeczytałam: „Pamiętaj, że miłość jest grą. I trzeba w nią grać tak, by była interesująca dla obojga partnerów... Od czasu do czasu – ale nie za często! – zniknij na chwilę z życia swego ukochanego. Może to być weekendowy wyjazd z rodzicami na działkę lub wyprawa z koleżankami do kina. Twoja nieobecność uświadomi mu, ile jesteś dla niego warta i jak trudno bez ciebie żyć. Nie uzależniaj się od swojego chłopaka. Musisz żyć własnym życiem. W przeciwnym razie twoja miłość stanie się dla niego męcząca, a w waszym związku będzie się czuł jak w złotej klatce”.
Postanowiłam wyjechać na weekend 8 – 9 kwietnia. Już tydzień wcześniej zaczęłam mówić o tym  wszystkim możliwym znajomym z akademika, mając nadzieję, że jakoś to dotrze do Jasia. Ale kiedy w piątek rano, dzień przed wyjazdem, wyjrzałam przez okno, zobaczyłam go śmiejącego się z czegoś razem z Basią z mojego pokoju. Zrozumiałam – on jeszcze o niczym nie wie. Gdyby wiedział, że wyjeżdżam, nie byłby taki radosny. Postanowiłam sama mu o tym powiedzieć, a przy okazji wykorzystać drugą radę z czasopisma: „Wypróbuj eliksir miłości! Ten niepospolity trunek potrafi rozpalić żar uczuć. Przygotuj wysoką szklankę i napełnij ją sokiem pomidorowym. Napój przypraw odrobiną soli, białego pieprzu, czerwonej papryki i gałki muszkatołowej. Jeżeli dorzucisz dwie kostki lodu i listek mięty, otrzymasz eliksir, który rozpala zmysły. Smak napoju kosztuj wprost z ust ukochanego w namiętnym pocałunku ...”  Najtrudniej było zdobyć listek mięty, znalazłam w sklepie tylko miętę w torebkach. Wsypałam jej trochę do napoju. Ogólnie nie wyglądało to zachęcająco i bałam się nawet spróbować, na wszelki wypadek wlałam więc napój do wysokiej ciemnej szklanki, żeby Jasiu za bardzo się temu nie przyglądał. Szczęśliwie trafiłam na moment, gdy był sam w pokoju, bo Tomek poszedł do kina. Powiedziałam mu, że jutro wyjeżdżam. Trzymał się dzielnie, bo w ogóle nie dał poznać po sobie, że go to ruszyło. Poprosiłam, by skosztował mojego nowego pomysłu kulinarnego, przygotowanego (tu musiałam skłamać) i dla Tomka, i dla niego. Jasiu łyknął i po chwili zrobił się czerwony na twarzy. Obiecywali, że eliksir rozpali zmysły, ale nie pomyślałam, że tak szybko. Potem Jasiu wypił pół butelki wody mineralnej, mówiąc między łykami coś o ostrych potrawach. Skąd mogłam wiedzieć, że jest taki wrażliwy. W końcu wsypałam tam tylko pół łyżeczki czerwonej papryki, a początkowo chciałam całą.
 Następnego dnia wyjechałam. Pozostała mi do wcielenia w życie jeszcze jedna rada: „Słodkie słówka szeptane przez telefon mają zupełnie inną moc niż wypowiedziane w cztery oczy. Nie wahaj się zadzwonić do ukochanego i opowiedzieć mu swój sen, w którym on był przy tobie tak blisko jak na jawie. Powiedz mu, że kiedy się obudziłaś, wydawało ci się, iż on jest tuż obok, a potem zażądaj, żeby natychmiast przyjechał. Efekt gwarantowany. W ciągu pół godziny zadzwoni do twych drzwi.”
W nocy śnił mi się jakiś koszmar, a nie Jasio, ale postanowiłam jednak zadzwonić. Siedziałam przy telefonie przez godzinę, bo numer akademika był cały czas zajęty. W końcu się dodzwoniłam. Udałam, że niepokoi mnie jego zdrowie po wczorajszym eliksirze. Chwilę porozmawialiśmy i w końcu powiedziałam mu, że cały czas mam wrażenie jakbyśmy rozmawiali nie przez telefon, ale siedząc obok siebie. Miałam nadzieję, że to zadziała. Jasiu chyba nie wiedział, co odpowiedzieć. Na zakończenie dodałam, że jeśli nie ma co robić, to zapraszam go do siebie. Zgodnie z radą postanowiłam czekać przez następne pół godziny. Potem postanowiłam dać mu jeszcze godzinę, w końcu do Rzeszowa nie jest tak blisko. Potem kolejną godzinę, i kolejną, i kolejną ...
Wieczorem podjęłam nieodwołalną decyzję – zniszczę moje uczucie dla Jasia, on naprawdę nie jest tego wart.

Kicia (20)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Flashmob. Jak przenieśliśmy nagle 1612 osób do Kany Galilejskiej

W orbicie artystycznych działań krąży powiedzenie "Teatr nie jest przestrzenią bezpieczną". Autora nie udało mi się nigdzie namierzyć, a szkoda, bo słowa te trafiają w punkt mojego myślenia o twórczych zmaganiach.

Wyjaśnienie wydaje się początkowo zagmatwane. Choć odrzucam sztukę na wskroś pragmatyczną, to jej drugie przeciwieństwo - sztuka dla sztuki - też nie oddaje moich poglądów. Twórca wyraża siebie, ale piękno sztuki olśniewa dopiero w momencie spotkania z odbiorcą. To on uzupełnia, mówiąc Ingardenowskim językiem, białe plamy w dziele estetycznym, nadaje dziełu pełni.

Teatr nie jest przestrzenią bezpieczną, bo spotykasz się tu z prawdą o sobie. Coś może potwierdzić Twoje myślenie, coś może mu zaprzeczyć, coś może wydobyć z głębi Twojego jestestwa to, co próbujesz ukryć.

Trochę tak jak w Mrocznej Puszczy, którą przemierzał Hobbit z towarzyszami:

Bo w tym miejscu się prawda
O dnie serca wyzwala.
Bo w ciemnościach się prawdzie
Wyjść na światło pozwala.

Nie zafundowaliśmy przestrzeni bezpiecznej również widzom naszego ostatniego występu. Kilkanaście minut przed Mszą w kościele coś się zaczęło dziać. Z ławek wyszła spora grupa osób i zaczęła się witać. Nagle wszyscy stali się uczestnikami wesela w Kanie Galilejskiej. 
Więcej szkoda opowiadać. Zapraszam na nasze wykonanie "Kany Galilejskiej" z oratorium "Siedem Pieśni Marii" Zbigniewa Książka i Bartłomieja Gliniaka.
A że akurat było liczenie wiernych, stąd wiemy dokładnie, że na weselu pojawiło się 1612 gości.


sobota, 13 czerwca 2015

O przodkach pampersów słów kilka... Praca konkursowa

Próba zebrania w całość własnych słownych tworów zaowocowała przypomnieniem sobie dawnego tekstu, napisanego na konkurs organizowany przez Szyb Wilson. Temat - wspomnienie związane z przedmiotem z czasów PRL-u. Bardzo ograniczona liczba znaków, stąd i tekst krótki. Otrzymał on I wyróżnienie. Zatem wracając do przeszłości:

O przodkach Pampersów słów kilka…

Zwyczaje rodem z Ameryki zachęcają, by pojawienie się nowego potomka uczcić odpowiednim wystrojem domu – zabawkami, balonikami, radosnymi napisami…
W latach 80., które były czasem mojego dzieciństwa, taka wystawa miała o wiele bardziej publiczny charakter. O pojawieniu się kolejnego członka rodu informował balkon pokryty nieustannie bielą suszących się tetrowych pieluch. Pierwszy rok życia mojego brata kojarzy mi się z wszechogarniającym białym kolorem. Pieluchy czekające na pranie, pieluchy suszące się, czekające na prasowanie, wyprasowane i w końcu – królowa chwili – spoczywająca na pupie malucha.
I tyle? O nie, te mleczne płachty materiału towarzyszyły mi w życiu o wiele dłużej niż podczas osobistych spotkań ze mną w postaci niemowlęcia i z moim bratem. Kiedy mój brat pożegnał się z nimi, bo nadszedł czas, gdy „schodami na strych odejdą z ołowiu żołnierze”, miałam wtedy 8 lat. Kilka lat później zamarzyło mi się coś innego do ubrania niż dżinsopodobne spodnie. Ale w sklepach pustki. Nie licząc plotek w rodzaju informacji, że do sklepu rzucili bluzki z wizerunkiem Isaury (na szczęście nie stałam zbyt długo w tej kolejce).
„Radosny to dzień wspaniały to dzień wracają z ołowiu żołnierze ze strychu znów w dół”. Taaak. Wystarczyło kilka pieluch i mogłam wkrótce paradować w białej spódniczce, w dodatku kręcącej się! Jakby tego szczęścia było mało, okazało się, że pieluchy chętnie chwytają barwnik do tkanin. Spódnica mogła zmienić kolor. Wprawdzie oznaczało to konieczność prania jej odtąd osobno i unikania romantycznego tańczenia w deszczu (niebieskich nóg nie można było zrzucić na nietypowe solarium, bo nie znaliśmy nawet takiego pojęcia), ale co tam! Najważniejsze, że miałam „nową” spódniczkę. 
Dziś, gdy rozmawiamy o „trzecim życiu kurczaka”, warto wiedzieć, że wyprzedziły go tetrowe pieluchy, one też mają niejedno życie za sobą.

Strona konkursowa: Szyb Wilson

sobota, 2 maja 2015

"Sztuka jest w nas" - trochę teatr uliczny, trochę flashmob



Zanim zrobię sobie baaardzo długi odpoczynek od słowa flashmob (organizacja trzech w ciągu miesiąca zbliża mnie do pracownika na taśmie... flashmobowej), wklejam film z fragmentami drugiego z kolei.
Pierwsza część filmu to wędrówka artystów teatru ulicznego przez nasze miasto, gdy dotarli do MOK-u przygotowaliśmy niespodziankę dla uczestników spotkania. W ciągu trzech kilku minut musieli wykonać trzy zadania, których finałem było zawieszenie wysoko zamalowanego napisu "Sztuka jest w nas" oraz odtańczenie układu. Próba pokazania, że każdy zawsze i wszędzie może obudzić w sobie twórcę.

W działaniach wzięli ze mną udział członkowie grup teatralnych Art.Buzz i Czilli z Miejskiego Ośrodka Kultury w Żorach oraz grupy teatralnej z Zespołu Szkół nr 2 im. ks. prof. J. Tischnera.

środa, 29 kwietnia 2015

Flashmob "Błogosławieni miłosierni" - Hymn ŚDM Kraków 2016 live / Hymn of WYD Krakow



Pełni energii, zdolni, młodsi i trochę starsi, przygotowani przez świetnych dyrygentów. I oto efekty: flashmob "Błogosławieni miłosierni", wyśpiewany w Niedzielę Bożego Miłosierdzia, 12 kwietnia, o godz. 10.55, w parafii św. Stanisława w Żorach.
Dodam to, czego nie widać - niesamowite wrażenie, jakie robiło wstawanie kolejnych osób i dołączanie do grona śpiewających, plus widok ludzi, którzy zaczęli śpiewać refren z chórami.
I chociaż przeciwności stawały na drodze, warto było wspólnie doprowadzić to dzieło do samego końca.

niedziela, 22 lutego 2015

"Blokersi" - spektakl profilaktyczny dla gimnazjum i szkół ponadgimnazjalnych, scenariusz

"Blokersi" to świat osiedlowej ławki. Trzech kumpli, dla których świat się tu zaczyna i kończy. Są przekonani, że ich spojrzenie to wyraz życiowej mądrości. Świat ci nic nie da, musisz sam na siłę brać to, czego chcesz.

Scenografię świadomie tworzyłam oszczędnie. Dwie ławki, a w tle szary papier, symbolizujący blok, po którym w jednej ze scen bohaterowie piszą sprayem.

Ze świata na ławce jednemu z bohaterów udaje się uciec. Gdy stawia sobie pytania, co dalej, nie otrzymuje od znajomych sensownej odpowiedzi - zaczyna rozumieć, że jeśli nie ucieknie, spędzi przed blokiem całe życie. Decyduje się zawalczyć o siebie i miłość swojej byłej dziewczyny.

Wojtek
Stary, o co chodzi? Co cię gryzie?

Piotrek
Wczoraj nie miałeś takich problemów.

Tomek
Ale zaczynam trzeźwieć. Co ja będę robił jutro?

Wojtek
Siedział tu.

Tomek
A potem?

Piotrek
Siedział tu.

Ostatnia scena nawiązuje do pierwszej. Tomek opowiada Monice o swoim marzeniu - fotografowaniu. Na koniec dostaje od niej aparat z zachętą: Zrób pierwsze zdjęcie. Temu światu, który możemy zmienić. Tomek robił je naprawdę.

Mam do dziś kilka fotografii z tego momentu. Pełne sale ludzi wpatrzonych w obiektyw. Mam nadzieję,  że coś w nich zmieniliśmy.

Scenariusz "Blokersów" jest do nabycia tutaj.