niedziela, 22 lutego 2015

"Blokersi" - spektakl profilaktyczny dla gimnazjum i szkół ponadgimnazjalnych, scenariusz

"Blokersi" to świat osiedlowej ławki. Trzech kumpli, dla których świat się tu zaczyna i kończy. Są przekonani, że ich spojrzenie to wyraz życiowej mądrości. Świat ci nic nie da, musisz sam na siłę brać to, czego chcesz.

Scenografię świadomie tworzyłam oszczędnie. Dwie ławki, a w tle szary papier, symbolizujący blok, po którym w jednej ze scen bohaterowie piszą sprayem.

Ze świata na ławce jednemu z bohaterów udaje się uciec. Gdy stawia sobie pytania, co dalej, nie otrzymuje od znajomych sensownej odpowiedzi - zaczyna rozumieć, że jeśli nie ucieknie, spędzi przed blokiem całe życie. Decyduje się zawalczyć o siebie i miłość swojej byłej dziewczyny.

Wojtek
Stary, o co chodzi? Co cię gryzie?

Piotrek
Wczoraj nie miałeś takich problemów.

Tomek
Ale zaczynam trzeźwieć. Co ja będę robił jutro?

Wojtek
Siedział tu.

Tomek
A potem?

Piotrek
Siedział tu.

Ostatnia scena nawiązuje do pierwszej. Tomek opowiada Monice o swoim marzeniu - fotografowaniu. Na koniec dostaje od niej aparat z zachętą: Zrób pierwsze zdjęcie. Temu światu, który możemy zmienić. Tomek robił je naprawdę.

Mam do dziś kilka fotografii z tego momentu. Pełne sale ludzi wpatrzonych w obiektyw. Mam nadzieję,  że coś w nich zmieniliśmy.

Scenariusz "Blokersów" jest do nabycia tutaj.




poniedziałek, 9 lutego 2015

Przedstawienie o życiu Franciszka z Asyżu - scenariusz

Z dużym opóźnieniem dodaję link do scenariusza przedstawienia o świętym Franciszku z Asyżu.Można go nabyć tutaj.

Dlaczego Franciszek? Bo taką postać wybrały osoby występujące w nieformalnej grupie parafialnej, wraz z którą co jakiś czas wystawiam przedstawienia. Na początku miałam przed oczami rozmowy ze zwierzętami, fruwające wokół ptaki i Franciszka, uśmiechającego się od rana do wieczora.
Z tego wszystkiego w scenariuszu znalazł się tylko uśmiech Franciszka - i to też nie od rana do wieczora. Asyski święty po prostu mnie zainteresował. W każdej chwili życia szedł na całość, czy to w zabawie, czy w miłości do Boga. Aż do momentu, gdy zorientował się, że to jego "na całość", a nie Boże. Zmuszony do ponownego napisania swojej reguły (niezaakceptowanej w pierwotnej wersji przez Rzym), wykazał się wielką pokorą.
Gdyby ktoś zamierzał pokazać Francesco na scenie - polecam Skenowy scenariusz. Idzie on w stronę widowiska. Gdy za drugim występem dodaliśmy muzyków grających na żywo oraz tancerzy, na scenie pojawiło się łącznie ponad 50 osób. Ale, oczywiście, można wystawić ten spektakl z o wiele mniejszą grupą.





wtorek, 6 stycznia 2015

Zaproszenie na spektakl muzyczny "Franciszek" do Jastrzębia Zdroju. 11 stycznia 2015



Jako że już za kilka dni wystawiamy ponownie spektakl muzyczny "Franciszek" według mojego scenariusza - dodaję zwiastun (jedna z piosenek ze spektaklu plus fragmenty walki dobra i zła).
I zapraszam wszystkich, którym w najbliższą niedzielę po drodze do Jastrzębia-Zdroju.
Wraz z grupą wspaniałych 60 (głównie) amatorów wystąpimy w Hali Widowiskowo-Sportowej, w której na co dzień można zobaczyć piłkę odbijaną przez graczy Jastrzębskiego Węgla.
Zamiast piłki proponujemy słowo, muzykę i ruch w opowieści o człowieku, który żył pełnią. Spróbowaliśmy odkurzyć go trochę spod słodkich legend.

Na scenie aktorzy, śpiewający, muzycy i tancerze. Zapraszamy serdecznie. Wstęp wolny.



piątek, 31 października 2014

Mieć muchas mala suerte. Z wizytą w barcelońskim więzieniu


Kilka impresji z odwiedzin w więzieniu w Barcelonie. Artykuł ukazał się drukiem już kilkanaście lat temu. Ale do dziś aktualny...


*******


Nie zrobiłam wtedy żadnego zdjęcia. Kiedy zamknę oczy, potrafię jednak z łatwością przypomnieć sobie wszystkie te miejsca. Tylko twarze ledwo już pamiętam. Ale to chyba dobrze. Gdybyśmy stali tam wtedy z aparatem, oni czuliby się jak zwierzęta w zoo, a my – też chyba nie najlepiej.      
                                     
 MIEĆ MUCHAS MALA SUERTE

- Dokumentów lepiej nie nosić przy sobie. Jutro spotykamy się w parafii o 9.30. Istnieje możliwość udania się 31 grudnia na mszę do więzienia, ale trzeba to wcześniej zadeklarować i zostawić swój numer paszportu. – To już kolejna osoba, której przekazywaliśmy ten sam komplet informacji. W trzy osoby zostaliśmy bowiem wysłani do pomocy w małej barcelońskiej parafii, która miała przyjąć kilkudziesięciu uczestników Europejskiego Spotkania Młodych. Lista chętnych do odwiedzenia więzienia zapełniła się dość szybko (Liczba miejsc ograniczona – to hasło zawsze działa zachęcająco) i 31 grudnia przed południem cała nasza polsko-słoweńsko-hiszpańska dwunastka znalazła się przed murami budynku z napisem Centre Penitenciari d`Homes de Barcelona.

WOLNOŚĆ DLA CARLOSA
Szare mury zapełnione były napisami wykonanymi sprayem – żądanie wolności dla tego i tamtego, to miejsce to obóz koncentracyjny... W końcu weszliśmy do środka i zaczęło się. Jedna kontrola, druga, trzecia. Oddaliśmy wszelkie bagaże, przeszliśmy przez bramki (wiekszość nie za pierwszym razem), a kolejni strażnicy próbowali odczytywać nasze imiona i nazwiska oraz oceniać doskonałość naszych zdjęć w paszporcie.
Gdy zamykały się za nami kolejne drzwi, zaczęliśmy się zastanawiać, czy my w ogóle zdążymy na mszę. Nasz przewodnik, świecki teolog, pracujący w tamtejszym więzieniu, wytłumaczył nam, że nie ma pośpiechu. – Zwykle w święta są odprawiane dwie msze w kaplicy, ale dzisiaj z waszego powodu będzie tylko jedna w sali teatralnej. Z rozpoczęciem będą czekać na wasze przyjście.   
 
KTOŚ NA NAS CZEKA?
Przeszliśmy w końcu przez więzienne podwórko, wchodząc do sali, gdzie miała odbyć się msza. Okazało się, że przygotowano dla nas miejsce na scenie, tuż za ustawionym tam ołtarzem. Zaczęła się msza, z hiszpańskimi kolędami, śpiewanymi przez obecnych tam ponad stu więźniów, z prośbami wypowiadanymi spontanicznie zachrypłymi głosami, o przemianę w sercach ludzi więzionych, o odnalezienie przez nich drogi i w końcu – o wolność. Atmosfera początkowo teatralna, my na scenie, oni w miejscach dla widzów. Na znak pokoju zeszliśmy na dół. Kolejne ściskane dłonie, aż usłyszałam „pokój z tobą” i pytanie „skąd jesteście?”.  

POLACY SĄ WSZĘDZIE
Po mszy kapłan zaprosił nas na „bardziej kameralne” rozmowy. Okazało się, że w więzieniu przebywa kilku Polaków. Ale nie tylko oni chcieli porozmawiać. Trudno było odejść od kogoś, kto za pomocą kilku angielskich słów, przeplatanych „mala suerte” (pech) – jednym z niewielu znanych mi wyrażeń hiszpańskich – chciał opowiedzieć o problemach własnych i całej swojej rodziny.
Polacy o tym, że przyjdziemy, dowiedzieli się w ostatniej chwili. Jeden z nich co chwilę pokazywał nam nuty polskich kolęd – „Chciałem zagrać dla was, ale za późno się dowiedziałem. Instrumenty wydaje tylko profesorka od muzyki, a jej dzisiaj nie ma”. Prawie nic nie mówiliśmy o Polsce. Rzeczywiście, brakowało im rozmów po polsku z kimś spoza ich kręgu, ale silniejsza od tęsknoty za krajem była chyba tęsknota za wolnością. Nie wszyscy byli pewni, czy wrócą do ojczyzny.

MOGĘ, MOŻESZ, MOŻE...
Czas wizyty się kończył. Jeszcze możliwość wejścia na jedną z galer i znowu to samo, co na początku. Kolejne kontrole, podpisywanie listy, odebranie bagaży... Wyszliśmy przed budynek. Te same napisy, szare ściany, kilka godzin do zabawy sylwestrowej i ta świadomość – MOGĘ wyjść.      
„Więźniów pocieszać”. Tak, to zdaje się tak brzmiało. Uczynki miłosierdzia wobec ciała. Chyba jako dziecko odruchowo kojarzyłam to ze starożytnością. Okrutni cesarze i ci biedni, więzieni niesprawiedliwie ludzie. Teraz już wiem. Pocieszać więźniów. Wszystkich. 


środa, 15 października 2014

Pamiętnik dorastającej studentki - marzec (3)

Dodaję kolejny odcinek przygód Kici. Tekst powstał w oparciu o materiały zebrane do pracy magisterskiej na temat wolności w Bravo!GIRL. Trudno się było opanować, aby nie wykorzystać ich do poza-magisterskich celów. Kicia próbuje bezskutecznie poderwać Jasia, kierując się Bravo-girlowskimi podpowiedziami. Wszystkie cytaty - autentyczne!

Marzec

Cały czas czułam, że z  Walentynkami chyba trochę przesadziłam (bo po co naraz tyle sposobów – i przypinanie warkoczyków, i podchody, i wyznania alfabetem Morse’a).  Zresztą potwierdzenie tego znalazłam wkrótce w gazecie (młodzieżowej oczywiście). Sięgnęłam po horoskop. Po co tyle niepewności, skoro można wszystko przewidzieć (że też wcześniej na to nie wpadłam). No i oczywiście skomentowali w horoskopie te moje, czyli Byka, Walentynki. „Lubisz zaskakiwać znajomych dość ekstrawaganckimi pomysłami, ale tym razem to już trochę przesadziłaś. Wiadoma osoba zniechęci się do ciebie całkowicie, zrób więc coś, żeby załagodzić sprawę”. Co za niesamowita dyskrecja – zamiast „Jasiu” jest „wiadoma osoba”. No bo po co wszyscy mają wiedzieć, że ja mam coś do Jasia. 

Ale jak ja mam „załagodzić” te Walentynki? A jak jeszcze wymyślę coś, co się nie ma zdarzyć i pomieszam historię świata. Postanowiłam poczekać na następny horoskop. Wszystko się wyjaśniło – „Podchodzisz do spraw zbyt emocjonalnie i dlatego nie potrafisz dogadać się z chłopakiem. Zrozum, Byku, on też ma swoje racje. Spróbuj go rozbroić, zapraszając na kolację przy świecach. Zrób to koniecznie 4 marca, bowiem ten dzień zapowiada się nader obiecująco. Bądź słodka jak miód i pozwól mu choć przez chwilę wierzyć, że jest rzadkim okazem supermena.. Czy nie przypomina ci trochę Schwarzeneggera?”. Jasiu?!! Gdzie tam mu wzrostem i wagą do Schwarzeneggera. Prędzej bym go z daleka z Kate Moss pomyliła. Ale może coś tam i mają podobnego, nie będę się czepiać. Najgorsze, że 4 marca to ostatki, których Jasiu za nic nie przepuściłby. Namówiłam Basię i poszłyśmy do tej samej knajpy co on. 

Zabrałam ze sobą wszystko co potrzebne (dwa świeczniki, komplet świeczek i zapałki). Udało mi się rozłożyć to wszystko na stoliku w jakimś kącie.Miałam nadzieję, że ta atmosfera, ten blask świec (chociaż bez kolacji) no i oczywiście mój strój podziałają na Jasia. A ubrałam się zgodnie ze znalezioną w gazecie zasadą „zasłaniamy odsłaniając – to najlepszy pomysł. Transparentne sukienki, bluzki, spódnice, a wszystko po to aby stać się bardziej intrygujacą i zmysłową.” Na początku czułam się jakbym nic na sobie nie miała i że widać pod spodem zbyt dużo, ale stwierdziłam, że skoro dziewczyny na zdjęciach miny mają pewne, to ja też nie mam się czego wstydzić. Basia powiedziała, że podziwia mnie za odwagę.

Jak już zapaliłam świece, poszłam po Jasia (powiedziałam,że mam mu coś ważnego do powiedzenia). Był trochę zdziwiony moim wyglądem, a potem tymi świecami, ale skłamałam, że były tu zawsze.W końcu naprowadziłam go na rozmowę o Shwarzeneggerze, ale zaczęłam tak dyskretnie od niezobowiązującego pytania, czy podobał mu się „Terminator”. Potem wyznałam mu, że od zawsze bardzo przypominał mi Arnolda i to do tego stopnia, że gdy go poznałam w październiku na stołówce to chciałam nawet poprosić o autograf, ale zabrakło mi odwagi. Jasiu potraktował to poważnie, ale w chwilę później stwierdził, że musi z kimś koniecznie porozmawiać. Nie widziałam go już tego wieczoru. 

Stwierdziłam, że tak dalej być nie może, ja tyle z siebie daję, a on nic. Postanowiłam zerwać z Jasiem najdalej w przyszłym miesiącu...

czwartek, 9 października 2014

Szkolna akademia. Zasada 2: PRZEMYŚL CZĘŚĆ OFICJALNĄ

Często podczas przygotowania akademii dokonuje się podziału na część oficjalną i artystyczną. Czy koniecznie? Jeżeli miałabym wskazać czynniki, które skutecznie zabijają zainteresowanie uczniów (mam wrażenie, że nauczycieli też), to jest to właśnie rozbudowana i nieprzemyślana część oficjalna.
Co możemy zrobić, aby tę w końcu bardzo ważną część akademii okrasić odrobiną zaciekawienia?

Po pierwsze, warto ją przemyśleć od strony czysto technicznej. Jeżeli mamy dużą grupę osób, której musimy podziękować (wręczyć dyplomy/ świadectwa/wywołać z jakiegokolwiek powodu na środek), to powinniśmy zaplanować ten moment dokładnie. Wychodzenie kolejno na środek dwudziestu osób, obserwowanie wejścia każdej, wręczenie nagrody/dyplomu, oklaski (słabnące z każdym kolejnym wywoływanym), potem ponowne przyglądanie się odchodzeniu w tłum, w końcu głos prowadzącego, wypowiadającego kolejne nazwisko… no cóż, już przy dziesiątej osobie chce się pytać: ilu ich jeszcze? A jeśli to akademia na zakończenie roku, podczas której w przeciętnej miejskiej szkole na dwudziestce się nie kończy, to łatwo sobie wyobrazić kosmiczny przyrost braku zainteresowania. 

Rozwiązania są banalne – wystarczy czasami poinformować konkretne osoby, żeby zajęły miejsce w pobliżu „sceny” (zamiast przedzierania się z końca sali), powiedzieć, w którym momencie akademii zostaną wywołane, i jeśli się tylko da, zaprosić wchodzących w większej grupie. Rozwiązania banalne, ale nie zawsze stosowane. Czasami w ogóle nie zwraca się uwagi, że to jest fragment akademii, nad którym warto choć przez moment zastanowić się.

Po drugie, nie trzeba koniecznie rozdzielać obu tych części, nadając im zupełnie inny klimat. Czasami wystarczy odpowiednie kilka zdań w ustach prowadzącego i akcja przechodzi w klimat oficjalny, który jednocześnie nie jest ciężki. Poniższy tekst pochodzi ze scenariusza przygotowanego na miejską akademię z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Część oficjalna została ukryta w spektaklu opartym za zgodą Dariusza Chwiejczaka na jego książce „Czarodzieje mogą wszystko”. Jako aktorzy i jednocześnie konferansjerzy wystąpili czterej uczniowie szkoły podstawowej. Hasi właśnie podjęła decyzję, że zapanuje nad słabością do słodyczy.

Hasi
Zaczynam działać. Ile to może potrwać?

Su
Czary wymagają cierpliwości. Trzymaj się postanowienia, a zobaczysz efekty. A żebyś nie myślała o batoniku, powiem ci, kto znajduje się przed nami.

Hasi
Kto?

Su
Wspaniali żorscy nauczyciele.

Hasi
Tych z tyłu nie widzę wyraźnie.

Su
Spokojnie, zaprosimy ich na scenę. Pan Waldemar Socha, prezydent Żor ma dla nich nagrody.

Hasi
Wszystkich naraz tu ściągniemy?  

Su
Masz rację, za ciasno będzie. Podzielimy ich na dwie tury! (Wchodzą Alek i Mati.) Chodźcie tu, potrzebujemy was. (Ponownie wszyscy stają z przodu, jak przy pierwszej zapowiedzi.) Szanowni Państwo, nadeszła chwila, aby zaprosić tutaj wyróżnionych w tym roku nauczycieli.

Hasi
Dziękując im za wspaniałą pracę.

Alek
O wręczenie nagród poprosimy pana prezydenta Waldemara Sochę. Zapraszamy na scenę.

Mati
Nasze koleżanki odczytają imiona i nazwiska. Zapraszamy serdecznie wyczytane osoby o podchodzenie do mnie i Alka.

Jeżeli dodać do tego poinformowanie przez organizatorów kiedy i w jakiej kolejności nagradzani będą wywoływani oraz posadzenie ich w odpowiednim miejscu – a to właśnie zrobiły organizatorki wspomnianej akademii – to okazuje się, że część organizacyjna wcale nie musi przytłaczać, nawet jeśli dotyczy wywołania na środek kilkudziesięciu osób.

środa, 27 sierpnia 2014

Historia pewnego ogłoszenia, czyli opowiadanie z nagrodą

Stare zdjęcia, artykuły budzą czasami we mnie pytania - co było potem, kim stała się mała radosna dziewczynka ze zdjęcia sprzed lat, jak potoczyły się losy kogoś, o kim wspomniano w gazecie?
Z takich pytań zrodził się we mnie pomysł na opowiadanie na temat ogłoszenia znalezionego w przedwojennej "Gazecie Żorskiej" - pierwsze od góry.


Zabrzmiało intrygująco. Zaczęły się poszukiwania - miejsc, osób. W końcu powstał tekst z fikcyjną bohaterką otoczoną przedwojennymi realiami, a właściwie trzy wersje wydarzeń, które mogły doprowadzić do napisania ogłoszenia. Opowiadanie otrzymało pierwszą nagrodę w zeszłorocznym ogólnopolskim konkursie "Żorskie opowieści".
A ja postanowiłam szukać dalej prawdy o tym ogłoszeniu. Dzięki życzliwości pań z żorskiej księgarni Sowa w moje ręce trafił dziś numer telefonu do starszej pani, która pamięta tamte czasy i nosi identyczne nazwisko jak moja bohaterka. Czuję, że jeszcze bardziej zaprzyjaźnię się z Elżbietą Tyrtanią.

Na deser dodaję pierwszą część opowiadania: Elżbieta - żona.


Ogłoszenie

Uczucia, emocje. Rodzą się, wybrzmiewają w sercu, a potem odpływają. Jedne zdążą przerodzić się w czyny, które zmienią świat, ale większość wpłynie tylko na tego, kto je przeżywa, czasem jego najbliższych. Oto wyschnięte już uczucie. Uczucie Elżbiety. Dziś już zapomniane, prawie 75-letnie. Nawet nie wiadomo, jakim je nazwać imieniem. Złość? Żal? Nienawiść?
Co czułaś, Elżbieto?
***

Gazeta Żorska, nr 48, 2.12.1938:
Ostrzegam przed rozsiewaniem plotek o mojej osobie, gdyż winnych pociągnę do odpowiedzialności sądowej. Elżbieta Tyrtania, Żory, Rynek 13.

***
Kilka dni wcześniej, może we wtorek, 29 listopada 1938 roku

Elżbieta – żona

- Jutro też przyjdziesz?
- Zwariowałeś? Konrad wszystko odkryje. To byłby koniec.
- Bez ciebie też czuję, jakby był koniec wszystkiego. Nie idź tak szybko. Boisz się go?
- Boję się, ma ciężką rękę. Nie chciałbyś u niego terminować. I nie zapomnij, że to człowiek ze sporą ilością grosza i możliwościami. I z wielkimi nerwami. Kiedyś mi powiedział, że wystarczy, iż odkryje zdradę. Będę żałowała, ja i mój amant. Jest dobrze, jak jest. I tak często się widzimy.
Elżbieta zapięła guziki tweedowej marynarki. Sięgnęła do skórzanej torebki, wyjęła małe srebrne lusterko i poprawiła fryzurę. Jan przyglądał jej się w milczeniu.
- Przynajmniej zdążysz zatęsknić za mną – powiedziała, wyciągając rękę w stronę jego twarzy, aby jeszcze przez moment namacalnie poczuć jego obecność.
- Elżbieto, ja tęsknię za tobą każdy dzień i noc. Szczególnie noc – chwycił jej dłoń, pocałował i patrząc prosto w oczy, zaczął nucić. - Już nie zapomnisz mnie, piosenka ci nie da zapomnieć i tęsknić już będziesz ogromnie, co dzień, co noc...
Znów wiedział, co zrobić, aby się uśmiechnęła. Od niedawnej premiery filmu ta piosenka krążyła wszędzie. „Zapomniana melodia” to było zresztą ich jedyne spotkanie poza jego pokojem. Pojechali osobno, udając nieznajomych, do kina w Rybniku. Wybrali Helios[1], bo nie cieszył się dobrą sławą. Wszyscy wiedzieli, że bezdomni kupują bilet, aby spędzać tam czas, ogrzewając się w zimowe dni. Zgodziła się na wyjazd, bo prawdopodobieństwo spotkania znajomego było małe, właściwie żadne. Miała pewność, że przyjaciele męża już prędzej wybraliby Bałtyk. Wejście na salę Heliosa wprost z ulicy tylko ułatwiało sprawę. Opatulona kołnierzem płaszcza dotarła na krzesło, odsłoniła twarz dopiero w ciemności, przytulając się od razu do Jana.
Poczuła teraz w momencie, jak wraca do niej wspomnienie jego ramienia i tej błogiej chwili zapomnienia. Z trudem wyrzuciła z głowy bezpieczną ciemność sali kinowej.
- Muszę już iść, naprawdę, nie wytłumaczę dłuższej nieobecności – pocałowała go, założyła płaszcz i uśmiechając się, wyszła z mieszkania.
Znalazła się na ulicy. Płatki śniegu wirowały w powietrzu, tańcząc radośnie we wszystkich kierunkach. Mały szczeniak próbował bezskutecznie je łapać, miotając się we wszystkich kierunkach i wybierając co chwilę kolejną zdobycz. Pomyślała, że ona chyba też w ten sposób łapie chwile szczęścia, piękne i tak samo nietrwałe jak te płatki. Podniosła kołnierz i postanowiła, że nie skręci obok cmentarza, ale przejdzie całą ulicę Nerlicha[2], a dopiero przy Dolnym Przedmieściu skieruje się na Rynek. Taki moment na uspokojenie emocji. Im dłużej się spotykali, tym więcej czasu to uspokojenie jej zabierało. Mieszanka coraz większego szczęścia, radości, a nawet, tak, była tego już pewna, nawet miłości, była przeniknięta coraz większym strachem, paraliżującym ją zarówno po wyjściu od Jana, jak i przy każdym słowie męża, które mogło sugerować, że coś wie, a tych było coraz więcej albo tak tylko sobie wmawiała. Czuła, że lekkość, jaką przeżywa i okazuje przy Janie, nie pozwala mu zrozumieć, kim naprawdę jest Konrad. Wygląda, jakby się z nim tylko droczyła w sprawie małżonka. Gdyby można było tak zapaść się bezpiecznie jak wtedy, w ciemności sali kinowej. Wyjęła z torebki ulotkę, którą dostała w Heliosie. Szarmanckie spojrzenie ulubionego aktora sprawiło, że usłyszała ponownie: Już nie zapomnisz mnie…
- Dzień dobry, pani Tyrtaniowa, znowu się widzimy. Już niedługo pomyślę, że się pani na Nerlicha przeprowadziła – Hildegarda Smyczkowa, stojąca przed swoim domem, uśmiechnęła się życzliwie, a Elżbieta poczuła, że stała się podejrzliwa do granic możliwości i nawet te serdeczne słowa brzmią dla niej dwuznacznie. Schowała szybko ulotkę do kieszeni płaszcza.
- Taki spacer krótki. Lubię, jak pada śnieg, a za zimno też na szczęście nie jest.
- Aż trudno uwierzyć, że w Rosji takie straszne mrozy teraz przyszły. Słyszała o tym pani? W radio wciąż mówią. – Elżbieta pokiwała głową. - A u nas proszę, w sam raz jak na grudzień. A następnym razem, to oprócz spaceru na herbatę do mnie zapraszam.
Pożegnała panią Smyczkową i wróciła do własnych myśli. Szczęście, z którym wyszła od Jana, zaczęło wietrzeć, a jego miejsce przejmował coraz dotkliwszy lęk. Zaczęła się zastanawiać, co w końcu wybierze. Szarość trudnego życia czy Jana z ogromną dawką szczęścia i strachu. Odejście od męża nie wchodziło w grę, nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, że zdobywa się na takie szaleństwo. On zresztą by na to nie pozwolił, była jego własnością i wciąż jej to przypominał.
Weszła do kamienicy, na dole w sklepie byli tylko uczniowie, skierowała się więc od razu na górę. Zdjęła płaszcz i marynarkę, a potem założyła fartuch, zabierając się za obiad. Krojenie i mieszanie uspokajało ją, było takie przewidywalne, inaczej niż jej zmienne uczucia. Łatwiej było podjąć decyzję, co wrzucić do garnka, niż co zrobić dalej z Janem. Marchewka w plasterki, proszę bardzo, makaron grubo pokrojony, proszę bardzo, dużo śmietany do sosu, proszę…
- Powiedziałem ci, że raz cię złapie na zdradzie i pożałujecie oboje. Co to jest? – w drzwiach kuchni stanął Konrad. Spojrzała zdziwiona na małą ulotkę, którą trzymał w ręce. Browary Tyskie polecają swoje słynne piwa.
- Reklama piwa. Z tego, co wiem, wolisz Okocim.
- Nie rób ze mnie idioty.
Odwrócił kartkę, a Elżbieta poczuła, jak robi jej się słabo. Na drugiej stronie uśmiechał się Aleksander Żabczyński[3], z czapką marynarską na głowie, którą przykryła prawie w całości pieczątka kina Helios. Elżbieta po raz drugi usłyszała w głowie: Już nie zapomnisz mnie...
- Znalazłem to w kieszeni twojego płaszcza.
- A ja znalazłam na ulicy. Nie chciałeś iść ze mną na to do kina, to chociaż sobie na ulotkę popatrzę... - z każdym krokiem Konrada w jej stronę mówiła coraz ciszej.
- Już jakiś czas mam podejrzenia. Kilka osób mi mówiło, że inna jesteś. Jak skowronek radosna, a zdenerwowana, jak się ktoś dopytuje. Teraz będę cię sprawdzał cały czas. Jeżeli jest jakiś on, jak niektórzy mówią, będzie żałował, że cię poznał – zimno jego głosu przenikało Elżbietę. Znała ten ton, pojawiał się rzadko, ale wiedziała, że wróży najgorzej. Po tylu latach wspólnego życia bezbłędnie oceniała jego emocje czy samopoczucie po samym sposobie mówienia.
- Dlaczego wierzysz plotkom? – czuła, że musi jakoś zaprzeczyć, choć najchętniej wykrzyczałaby mu prawdę i w końcu uwolniła się od udawania. Wiedziała, że nie może. Dla dobra Jana.
- Od dzisiaj stają się prawie faktami. Sprawdzę cię.
- Mam dość ludzi, którzy mówią głupoty na mój temat. Zażądam od nich przeprosin – to jedyne, co przyszło jej do głowy, aby chronić Jana przed wściekłością Konrada.
- Żądaj, nawet publicznie, ale wiedz, że i tak cię sprawdzę.
- Mówiłeś, że będziesz dawał ogłoszenie do Żorskiej o sprzedaży szafy – ochłonęła i wiedziała już, co robić dalej.
- Nie zmieniaj tematu.
- Dołącz i to.
Wyjęła z jego dłoni ulotkę, sięgnęła po pióro i na stronie z reklamą napisała: Ostrzegam przed rozsiewaniem plotek o mojej osobie, gdyż winnych pociągnę do odpowiedzialności sądowej. Elżbieta Tyrtania, Żory, Rynek 13. Oddała mu kartkę.
- Proszę, aby ukazało się to już w ten piątek. Czy mam ci zapłacić za dodanie tego ogłoszenia? – mówiła już pewnie, bez żadnego wahania w głosie. Ostatnie słowa zabrzmiały jak pogarda.
Konrad przytrzymał ją mocno za nadgarstek. Zabolało. Pomyślała, że to i tak nic w porównaniu z tym, co czuje w środku.
- Jeżeli grasz farsę przede mną, to jeszcze bardziej pożałujesz.
- Boli – powiedziała spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
- To jeszcze nie jest prawdziwy ból. Nawet nie namiastka – to był dalej ten zimny, złowróżbny ton.
Zszedł na dół. Elżbieta zobaczyła przez okno, jak wychodzi na Rynek. Czuła, że jest mało czasu. Uznała, że to ostatni moment, kiedy może coś zrobić nieśledzona. Poprosiła jednego z uczniów z dołu o przypilnowanie kuchni, aby mogła iść do sklepu z warzywami. Uznała, że będzie on świadkiem. Gdyby miała kombinować, nie sprowadziłaby przecież ucznia. Narzuciła płaszcz i wybiegła. Dopiero po skręceniu w Nerlicha poczuła, że jest jej zimno, bo zapomniała o marynarce. Błagała w myślach Jana, aby jeszcze nie wyszedł z domu. Otworzył jej zdziwiony.
- A mówiłaś, że nawet jutro cię nie zobaczę. Obietnic nie dotrzymujesz – zażartował lekko.
- Konrad domyśla się. Od tej chwili cię nie znam. Wyprę się, choćbyś nalegał. Powiem, że jesteś wariat – wyrzucała z siebie potok zdań.
Chwycił jej dłonie. Umilkła, nie wiedziała, co jeszcze dodać, skoro słowa i tak nie pomogą.
- Myślę o tobie poważnie, przecież możemy… - zaczął, patrząc jej głęboko w oczy, tak jak ona przed chwilą Konradowi. Tylko uczucie było w tym spojrzeniu zupełnie inne.
- Nie znasz go – przerwała mu. - A ja próbowałam udawać, że zapomniałam, jaki jest. Powiedział wyraźnie, że pożałujesz. A ja nie pozwolę, żeby cię odkrył i żebyś żałował. Nie znam cię! – wyrwała swoje dłonie z jego objęcia i zbiegła po schodach. Nie zniosłaby pożegnania.
- Elżbieto, zaczekaj…
Płatki śniegu wciąż tańczyły. Mały szczeniak, zmęczony już zabawą, podniósł tylko głowę na widok kobiety wybiegającej z kamienicy. Elżbieta przystanęła na moment i poczuła, że już nie musi myśleć nad wyborem, wracając od Jana. Konrad wybrał za nią. A może to strach podjął decyzję?




[1] Przedwojenne rybnickie kino na rogu ulicy Reja i Placu Wolności.
[2] Obecnie ulica Męczenników Oświęcimskich.
[3] Aleksander Żabczyński zagrał główną rolę w „Zapomnianej melodii”.